Przeszłam operację zaćmy

Anna Kłos

Wiele osób uważa, że zaćmę można wyleczyć za pomocą kropli wpuszczanych do oczu. Tymczasem to nie jest prawda. Jedyną skuteczną metodą jest leczenie chirurgiczne. Zabiegu nie trzeba się bać. Nie jest to ciężka operacja, można ją wykonać ambulatoryjnie, bez leżenia w szpitalu. Kilka miesięcy temu usunięto mi z lewego oka zaćmę, czyli kataraktę.

Wzrok pogarszał mi się od kilku lat. Skończyłam sześćdziesiątkę, a więc to nic dziwnego – myślałam. Podczas wizyt u okulisty dowiedziałam się, że mam początki zaćmy. Po pewnym czasie nastąpiło znaczne pogorszenie. Lewe oko widziało tak, jakby ktoś do niego wkropił mleko. Prawe było dużo lepsze. Ostateczny efekt był taki, że czytałam jedynie przez szkło powiększające. Któregoś dnia powiedziałam: dosyć! Wybrałam się do lekarza okulisty, który – jak słyszałam od znajomych – jest świetnym chirurgiem, znakomicie usuwającym zaćmę. Doktor Piotr Fryczkowski okazał się młodym, sympatycznym człowiekiem. Pierwsza wizyta odbyła się w jego prywatnym gabinecie. Dostałem skierowanie na operację i uzgodniłam niezbyt odległy termin. – Będzie on zrefundowany – powiedział doktor – przez Narodowy Fundusz Zdrowia, łącznie z opłaceniem nowej soczewki. Nie ukrywam, że bardzo się z tego ucieszyłam. Poczułam, że w kieszeni zostało mi co najmniej 3 tysiące złotych.

Najpierw badania

Diagnostyka i kwalifikacja do zabiegu nie trwały długo.Wszystko odbyło się podczas jednej wizyty. Pierwsze było badanie ostrości wzroku przy pomocy tablicy z literami i cyframi oraz próbnymi szkłami korekcyjnymi. Wyniki były słabe – im niżej dołu tablicy, gdzie literki zmniejszały się – tym większe miałam kłopoty z ich prawidłowym odczytaniem. Nie pomogły też szkła korekcyjne. Potem byłam badana przy użyciu kilku aparatów znajdujących się w gabinecie. Wreszcie doktor wpuścił mi kropelki do oczu i kazał poczekać, aż rozszerzą się źrenice. Potem obejrzał soczewki w obydwu oczach. Stwierdził, że są zmętniałe. Bardziej „sfatygowana” okazała się ta w lewym oku. – Weźmiemy je jako pierwsze do operacji – zdecydował doktor. Zapytałam, czy z drugim okiem trzeba będzie poczekać, aż zaćma się zwiększy. – Nie będziemy czekać. Kiedyś uważało się, że zaćma powinna „dojrzeć” do operacji – tłumaczył doktor – to znaczy musi dojść do całkowitego zmętnienia soczewki. Przy obecnej technice operacyjnej nie jest to konieczne. O tym, kiedy operować, decydują potrzeby pacjenta. Coraz więcej osób już po 40. roku życia ma zaćmę. Są to na ogół ludzie wykonujący zawody wymagające dużej ostrości widzenia. Oni zazwyczaj bardzo szybko decydują się na operację – perspektywa znacznej poprawy wzroku ma dla nich zawodowe znaczenie. Tak więc ostatecznie ustaliliśmy z doktorem, że operacja drugiego oka odbędzie się po upływie dwóch miesięcy od pierwszego zabiegu. Któż nie boi się bólu? Zapytałam więc doktora, czy operacja będzie bolesna. Zaprzeczył. Dowiedziałam się, że będę operowana metodą fakoemulsyfikacji, która pozwala na małe cięcia i przeprowadzenie zabiegu w znieczuleniu kroplami. Odetchnęłam z ulgą – uniknę nieprzyjemnego znieczulania zastrzykami. Przy wyjściu z gabinetu, sekretarka doktora wręczyła mi kartę z obszerną informacją dotyczącą przygotowań do operacji, jej przebiegu i zachowania po niej oraz skierowanie do szpitala, w którym będzie przeprowadzona.

Jak przygotować się do operacji?

Przede wszystkim nie można mieć żadnej infekcji grypopodobnej. Jeżeli zdarzy się katar lub kaszel, należy zadzwonić do gabinetu okulistycznego i przełożyć zabieg na inny termin. Na pięć dni przed operacją trzeba odstawić leki zawierające kwas acetylosalicylowy, np.: Acard, Aspirynę, Aspro C, Asprocol, Alka-Prim, Calcipirynę, Cardioprin, Polopirynę, Rhonal, Ring N, Solucetyl, Thomapyrin. Rano w dniu operacji mogłam zjeść śniadanie (zabiegi w tym szpitalu zaczynają się od godz. 13.00). Należy też zażyć leki, których używa się na co dzień (z wyjątkiem tych z kwasem acetylosalicylowym). Przewidywany pobyt w szpitalu wynosi około pięciu godzin. Każdy pacjent powinien mieć ze sobą piżamę lub dres, kapcie i ręcznik.

Operacja krok po kroku

W izbie przyjęć pielęgniarka zakłada kartę historii choroby. Potrzebne są dokumenty stwierdzające tożsamość (dowód osobisty) oraz odcinek renty, emerytury lub inny dokument poświadczający ubezpieczenie zdrowotne. Przebrałam się w dres i kapcie. Pielęgniarka zaprowadziła mnie na oddział. Na operację czekałam w sali wygodnie leżąc na łóżku. Co kilkanaście minut wchodziła pielęgniarka i zakrapiała do oka lekarstwo rozszerzające źrenice. Gdy były one dostatecznie szerokie zawieziono mnie na wózeczku do sali operacyjnej. Tutaj czekał już na mnie cały zespół operacyjny. Ułożyłam się na plecach na stojącym pośrodku sali stole operacyjnym. Głowę musiałam ulokować na specjalnej podkładce – poduszce, ograniczającej ruchy. Lewą rękę podałam pielęgniarce, która do mojej żyły podłączyła kroplówkę ze środkami przeciwbólowymi i uspokajającymi. Na początku byłam spięta i zdenerwowana. Ale po chwili uspokoiłam się i rozluźniłam. Wpływ na to, oprócz leków, miała na pewno sympatyczna rozmowa, jaka podjął ze mną doktor.

I tak to się zaczęło. Nad moją głową z sufitu zwieszała się skomplikowana aparatura. Doktor najpierw unieruchomił mi powieki, abym nie mrugała. A potem wykonał kilkumilimetrowe cięcie i wejście tunelowe. Nic nie czułam, ani odrobiny bólu. Kolejnym etapem było rozbijanie fakoemulsyfikatorem (urządzenie wykorzystujące ultradźwięki) mojej zmętniałej soczewki. I to czułam, a właściwie słyszałam trudny do określenia głuchy dźwięk. Trwało to około 10 minut, w czasie których zostało rozbite jądro soczewki, a następnie odessane masy korowe. W ten sposób powstało miejsce na nową soczewkę. Zwinięta w rulonik została włożona do środka oka przez tunelowy otwór. Tam rozprężyła się i –dzięki dwóm „wąsom” – unieruchomiła. Operacja dobiegła końca. Jeszcze założono mi opatrunek na oko oraz plastikową ochronną osłonkę. Wszystko trwało nie dłużej niż 35 minut. Przewieziono mnie do sali, w której na początku leżałam. Po godzinie mąż mógł mnie już zabrać do domu.

Już w domu

Wprawdzie nie kazano mi leżeć w łóżku, jednak położyłam się. Czułam się trochę osłabiona, być może działały jeszcze środki uspokajające, które podano mi przed zabiegiem. Nic mnie nie bolało. Wiedziałam jednak, że nie mogę gwałtownie schylać się, niczego dźwigać ani wykonywać cięższych prac fizycznych. Te zasady obowiązywały przez kilka dni. Następnego dnia miałam zgłosić się do doktora na zdjęcie opatrunku i badanie kontrolne. Wszystko wypadło dobrze. A najważniejsze, że świat zobaczyłam w pięknych soczystych kolorach. Już od dawna namawiałam męża na kupno nowego telewizora z ostrym obrazem. Teraz okazało się, że niewyraźny obraz nie był winą telewizora, lecz mojego oka z zaćmą. Przez pierwszy tydzień po operacji białko oka było czerwone. Jednak po lekach, które dostałam od doktora z dnia na dzień zaczerwienienie ustępowało. Potem jeszcze miałam dwie kontrolne wizyty. Ostatnia – w sześć tygodni po operacji – poświęcona była dopasowaniu okularów. Do patrzenia w dal nie potrzebuję teraz żadnych szkieł, do czytania używam słabych.